Każdy chce wracać do domu w którym się czuje ciepło i bezpiecznie. W którym szanowane są potrzeby i dzieci i rodziców. W którym słychać wybuchy śmiechu, a domownicy cieszą się z  przebywania ze sobą… Do takiego domu lubi się wracać. Współpracę w rodzinie można poprawiać, atmosferę w domu można podgrzewać, śmiech można wywoływać. Co można zrobić, żeby współpraca się układała?

jasne domowe zasady

Pierwszą podwaliną współpracy w domu, są jasno sprecyzowane, uzgodnione ze wszystkimi zasady obowiązujące w domu. Można je nazywać granicami, nawykami, normami, standardami – jak chcecie.
To jakie zasady są w naszych domach, zależy od bardzo wielu elementów. Na przykład od tego co wynieśliśmy z rodzinnych domów, bo są takie zasady, które weszły nam w krew i nawet ich nie zauważamy. Kolejny temat to etap rozwoju dzieci, dynamiki naszych charakterów… a przede wszystkim jakie elementy domowej układanki są dla nas WAŻNE! Są osoby, którym bardzo zależy na zdrowym żywieniu i wokół tego kręci się cały dom. Są ludzie, którzy uwielbiają się ruszać, oni tak planują swój czas wolny, żeby zawsze był w nim ruch, żeby dzieci nauczyły się i polubiły sport. Są ludzie, którzy muszą mieć w domu ład i porządek.  Nie formułujcie zasad, które nie będą potem respektowane, albo takich, na które nie ma zgody wszystkich członków, bo i tak nic nie dadzą.

Najlepiej na wyobraźnię działają rzeczywiste zasady – które w praktyce ktoś stosuje, więc przytoczę tu teraz kilka zasad, które obowiązują u mnie w domu.


nauka to najważniejszy obowiązek dziecka 

I to dzieci zajmują się u mnie w domu swoimi sprawami związanymi ze szkołą. Jedną z podstaw jest to, że po obiedzie i odpoczynku, a przed innymi przyjemnościami (ekranowymi na przykład) moje dzieci odrabiają lekcję, szykują się na kolejny dzień, do klasówek, sprawdzianów i powtórek. 

podział obowiązków domowych
Każdy w domu wie, jaka praca domowa do niego należy i o nią się troszczy Czyli mamy wielokrotnie przednegocjowany, przedyskutowany podział zadań domowych, związanych z domem. My z mężem zajmujemy się zakupami i gotowaniem, natomiast moje dzieci podlewają rośliny (4-latka), rozpakowują zmywarkę, wieszają pranie i składają pranie. W związku z tym, że miałam już dosyć stwierdzenia „to nie moją kolej”, przegadaliśmy temat i to syn (9-latek) zawsze rozpakowywane zmywarkę, a najstarsza córka wiesza pranie itd.


komunikacja bez przemocy

Mam 9-letniego syna i dwie starsze od niego córki, więc kłótnie u nas w domu to codzienność. Ale żeby te kłótnie nie przechodziły do rękoczynów, ani nie obrażały nikogo, rozmawialiśmy na ten temat wielokrotnie. Żeby szanować się nawzajem, respektować czyjąś własność, granice, zły nastrój itd. Wiadomo, że są gorsze dni, ale generalnie zmierzamy w dobrym kierunku. 
słodycze tylko w sobotę Są domy, gdzie nie ma w ogóle słodyczy, bardzo bym tego chciała, niestety nie udało się (sama uwielbiam słodycze). Ale postanowienie, że tylko w sobotę będziemy kupowali i jedli słodycze, bardzo pomogła ograniczyć ilość zjedzonych słodkości. Więc w sobotę można jeść bez ograniczeń, co ma też dobrą stronę, bo tak naprawdę naraz za dużo nie da się zjeść cukierków!

kieszonkowe

Moje dzieci dostają tygodniowe kieszonkowe – tyle ile mają lat. Wypłata jest w sobotę, wtedy najmłodszą córa i syn dostają do ręki monety i najczęściej od razu wyprawiają się do sklepu, żeby kupić sobie zapas słodyczy. Starszym córom raz na miesiąc przelewamy kieszonkowe, mają swoje subkonta i karty do nich. To naprawdę wygodny sposób (w razie potrzeby można szybko dosilić kartę). Gdy któreś dziecko o czymś bardzo marzy i uskłada sobie z kieszonkowego jakąś kwotę, dokładamy mu, żeby premiować oszczędność, fajnie się to sprawdza. 

próbujemy nowych potraw

Gotowanie dla 6-ściu osób może być problematyczne, szczególnie, ze każdy ma swoje ulubione smaki, potrawy. Mam kilka hitów, które wszyscy zjadają ze smakiem, ale najczęściej na obiad jemy coś co jednemu, albo kilka nawet domownikom nie smakuje. Dlatego mamy zasadę, że próbujemy nowych potraw, jedną małą łyżeczkę, żeby sprawdzić, czy tym razem też nie smakuje, a może już posmakuje? Część osób u nas nie je mięsa, więc zawsze obiad mamy kilka różnych warzywnych dodatków. Zasada jest taka, że jak nie jesz mięsa – jesz wszystkie surówki. 
To tylko kilka przykładów, niczego Wam nie narzucam. Nie mówię też, że to najlepsze i jedyne słuszne zasady! Dzielę się tym co u nas się sprawdza, może Was zainspiruję!


ogranicz ilość zakazów, nakazów i próśb


Nadmiar poleceń dezorganizuje! Nie wymagaj za dużo! Dziecko nie wie wtedy, co tak naprawdę jest ważne, na czym ma się skupić. Czytałam, że rodzice są w stanie wygenerować nawet 40 nakazów, zakazów, rozkazów próśb w ciągu godziny. Dzieci cały czas od nas słyszą, że coś muszą, że czegoś nie mogą, że coś powinny… Zastanów się co jest dla was najważniejsze i naprawdę to egzekwuj! Bo gdy za dużo próśb, zakazów, współpraca dziecka się kończy. Gdy współpraca się kończy, zaczynają się groźby rodziców. Groźby w chwilach nerwów są nieadekwatne do przewinień…(siadaj natychmiast do lekcji, bo nie będzie grania przez miesiąc!). Dziecko po pewnym czasie przestaje się nimi przejmować (bo i tak nie są wprowadzane w życie). A wtedy nasz autorytet szybuje prostą w dół. Jeśli Twoje dziecko nie chce współpracować, zacznij od zmniejszenia oczekiwań i jasnego ustalania co będzie gdy… Wcześniej z dzieckiem przegadaj, co się stanie, gdy nie dotrzyma słowa, jak będzie wtedy konsekwencja, co się wydarzy. I tego trzymaj się konsekwentnie. Gdy pierwsza rzecz stanie się normą, standardem, możecie ustalać kolejną.

wzmacnianie pozytywnych zachowań


Słyszeliście kiedyś o metodzie zielonego ołówka? Piękna metoda, świetnie się sprawdza z dzieckiem zaczynającym edukację szkolną, później zresztą też. Chodzi w niej o to, aby podkreślać w pracy dziecka pozytywy, rzeczy które są dobre, wskazywać na te lepsze niż wcześniej, pokazywać mu progres. Naturale dla ludzi jest to, aby zauważać rzeczy złe, błędy – nasza natura policjanta wyłapuje każde niedociągnięcie i aż prosi, żeby przekazać błądzącemu to co zauważyliśmy. „Znowu nie powiesiłaś kurtki…”, „Zobacz, jaki masz bałagan w pokoju!”, „Co to za zeszyt, każdy róg zagięty, jesteś niechlujny!”, “Posprzątaj po jedzeniu, cały stół brudny!”… Można mnożyć przykłady, ja też mam w sobie skłonność do zauważania błędów, potknięć dzieciaków i pojawia się we mnie chęć „naprawiania”, „pomagania”, „pokazania co źle robi”. Ale trzeba uważać z tymi komunikatami, bo możemy bardzo zniechęcić dziecko. Gdy słyszy od nas mnóstwo negatywnych komentarzy,  a te pozytywne zdarzają się rzadko, może wyciągnąć z tego wniosek, że jest nieudolny, że nie umie robić dobrze, że zawsze robi coś nie tak – wniosek generalny o sobie, który zaważy na jego postrzeganiu siebie. Więc, stosuję metodę zielonego ołówka, zauważając dobre rzeczy, postępy. A gryząc się w język, przy tych mniej ważnych negatywnych. Jak coś jest mega ważne, duża pomyłka, to staram się bez emocji, pytając o możliwe sposoby, drogi sprawić, żeby dziecko samo doszło do rozwiązania, polepszenia rzeczy… To tak w teorii – jak to wygląda w praktyce?  Córka nienawidzi informatyki. Lekcji, nauczycielki, zadań – po prostu nie jej dziedzina. Ma duże tyły (a raczej miała). Zaczęło się od zer za brak pracy domowej. Zamiast krzyczeć i strofować ją za to, rozmawiałam. O tym, dlaczego, czego nie rozumie, co jej może pomóc. Czy polubiła informatykę? Nie. A czy robi zadania w terminie? Tak. Tak jak umie. A ja wiem, że ocena z informatyki nie jest ważna, wystarczy, że zrobi to co trzeba.

Może Ci się spodobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *