klucz na szyi? czyli o samodzielności dzieci

Wyobraźmy sobie sytuację – są rodzice i dziecko, powiedzmy Antek lat 11. Antek ze szkoły wraca sam o różnej porze, kilka razy w tygodniu ma dodatkowe popołudniowe zajęcia z angielskiego (karate/ robotyki/ rysunku co tam chcecie). Mama Antka wracają około 5 z młodszą siostrą odebraną z przedszkola, a tata wieczorem. Brzmi znajomo, prawda?

 
 
Fajnie by było, gdyby Antek przed powrotem swojej mamy odrobił lekcje, spakował plecak na następny dzień w szkole i jeszcze oskrobał ziemniaki i je o odpowiedniej porze wstawił? „Marzenie” jak mówi moja 11-latka? Ale, ale…. czy Wy tak w dzieciństwie nie robiliście?
 
Pamiętacie klucze noszone na szyi na sznurku? To był standard u mnie na podwórku – wszystkie dzieci po szkole biegły do domów (same, albo odprowadzając się nawzajem). I mieliśmy wszyscy z reguły jakieś obowiązki w domu. Ja zadane lekcje odrabiałam (przynajmniej w podstawówce) na lekcjach, posprzątanie mieszkania i obranie ziemniaków zabierało mi jakieś pół godziny więc praktycznie cały czas po szkole spędzałam na podwórku albo u koleżanek. Ale codziennie, gdy rodzice wracali z pracy byłam w domu i jedliśmy razem obiad. 
 
Czy z tymi codziennymi obowiązkami byliśmy nieszczęśliwi? A może przeciążeni? Buntowaliśmy się i nie podobało się nam takie życie? Ja uważałam się za szczęściarę, moją koleżankę po szkole odbierała babcia (i była towarzysko „stracona”). Więc ten „luz” poszkolny był mi absolutnie na rękę, bo wbrew temu co się może wydawać – to był luz. Miałam jasno sprecyzowane obowiązki, których wypełnienie było czymś zwykłym, takim „standardem”. Musiałam zaplanować popołudnie tak, żeby mieć czas i na zrobienie wszystkiego i na zabawę. Musiałam pamiętać o upływie czasu, co w trakcie zabawy bywało jedynym problemem.
 
Nie pamiętam sytuacji w której któreś z moich rodziców siedzi ze mną i odrabia lekcje. Owszem, zdarzało się, że czegoś nie rozumiałam (szczególnie chemia była moją achillesową piętą), wtedy prosiłam któreś z nich o pomoc. Ale normalnie moi rodzice nawet nie wiedzieli co mam zadane i nie znali mojego planu lekcji. Znam bardzo wielu rodziców (bądźmy szczerzy – najczęściej matki), którzy codziennie spędzają kilkadziesiąt minut na odrabianiu lekcji z dzieckiem, sprawdzaniu ich itd.
 
Co ciekawe dzieci, które wyręczamy we wszystkim wcale nie są szczęśliwsze. Podejmujemy za nie decyzje, nie cedujemy na nich odpowiedzialności no i zwalniamy z pomocy nam dorosłym w codziennych obowiązkach A przecież dzieci potrzebują się trochę pomęczyć, żeby dostać to czego pragną. I dopiero wtedy to docenią. I poczują się z siebie dumne.
 
Gotowaliście kiedyś z dziećmi? Tortilla zrobiona przez mamę smakuje dobrze, ale jak mojej córce smakowała tortilla zrobiona samodzielnie! I tak samo dobrze smakowała jej rodzeństwu! Ciasto upieczone z przepisu z internetu, bez wsparcia mamy – mniam… cała rodzina o nim mówiła w święta.
 
Pamiętajcie też, że wychowujecie przyszłych partnerów – żony i mężów (albo konkubentów:)). Taki co sobie nawet herbaty nie zrobi bo wodę przypali – jak słyszę facetów, którzy się przechwalają tą swoją bezradnością to scyzoryk mi się w kieszeni otwiera (bo jestem z Kielc).
Moja Babcia powtarzała: „Aniu, najpierw obowiązki – potem przyjemności”. I zgadzam się z nią w 100%.
 

2 thoughts on “klucz na szyi? czyli o samodzielności dzieci

  1. Matka Agnieszka od Skorpionów says:

    W dzisiejszych czasach oduczyliśmy się uczyć dzieci samodzielności. Czuję się czasami jak zła matka wysadzając moich dwóch synów z samochodu na parkingu w szkole i NIE prowadząc do szatni. Idą tam sami. Zdradzę moją tajemnicę: robię to trochę z pośpiechu a trochę z premedytacją. Niech ich samodzielny spacer po życiu zaczyna się małymi krokami. Ps. Lubię patrzeć jak starszy syn myśli, że już nie widzę i po cichu ściąga czapkę.

    • anna ciszewska says:

      Ja się zastanawiam, dlaczego rodzice ignorują kartki przywieszone w szkole, że dzieciaki powyżej zerówki mają się uczyć samodzielności i że je pod drzwiami szkoły trzeba zostawić. Przecież 7-latek jest w stanie przejść sam jedno piętro (a jak się zgubi, nauczyciel na dyżurze go pokieruje). Ostatnio mój 5-latek się uparł, że sam chce chodzić do przedszkola. Wysadzam go pod budynkiem i czekam pod bramką aż mi pomacha przez okno. Pani przedszkolanki z dużą niechęcią, ale zaakceptowały ten „akt odwagi z mojej strony”:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *